Idę
chodnikiem rozglądając się na boki. Wiem, którędy iść, bo moje nogi same
zapamiętały drogę podczas tych codziennych podróży, ale moje oczy i tak
szukają. Chcą być pierwsze. To już taki tradycyjny wyścig z resztą mojego
ciała, prawda?
Miało być tak
pięknie. Dziewczyna i chłopak. Księżyc i Słońce.
Nie
byliśmy do siebie szczególnie podobni. Ja - dość spokojna, opanowana. Gdy byłam
szczęśliwa śmiałam się, gdy byłam smutna – płakałam. Płakać jednak, zawsze
wolałam w samotności, jak na osobę dość zamkniętą w sobie przystało. Ty... nie
posiadałeś tej równowagi. Prawie zawsze śmiałeś się czasem bez potrzeby, a
nawet gdy było to CO NAJMNIEJ nie wskazane. Za to nie płakałeś nigdy i nawet ja
tylko raz w całym moim życiu widziałam twoje łzy. Ale coś nas połączyło. Zawsze
chodziłam otoczona wianuszkiem dziewczyn, ty chłopców, więc na początku
mogliśmy tylko spoglądać na siebie. Jednakże z czasem okazało się, że ktoś z
mojej „świty” zna kogoś z twojej. I dzięki temu po raz pierwszy się
spotkaliśmy.
O!
Oczy jak zwykle pierwsze. Już widzę. Moje nogi nie chcą jednak zostać z tyłu i
dzielnie prą na przód. Niedługo tam będę.
26.06.1990r
Pamiętam,
jak to „przez przypadek” na mnie wpadłeś podczas sylwestrowej imprezy u naszych
przyjaciół. Tak, słodkie i romantyczne, jednak nigdy do końca nie wybaczyłam ci
zniszczenia mojej bluzki, która - choć nie nadawała się już do użytku - stała
się potem moją ulubioną przez to właśnie związane z nią wydarzenie. Potem już
do końca przyjęcia nie odstąpiłeś mnie na krok. W finale fajerwerki oglądaliśmy
trzymając się za ręce. Nikt jeszcze niczego nie wyznał, a jednak, gdy już się
złapaliśmy nikt nie chciał puścić. Powiedziałeś wtedy coś tak ważnego, że nawet
nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Powiedziałeś: „ Bądźmy razem zawsze i na
zawsze, dobrze? Obiecujesz?”. Jedynie przytaknęłam, ale to wystarczyło. I
ci wszyscy ludzie – twoi koledzy, rzucający złośliwymi, aczkolwiek
przyjacielskimi uwagami – i moje koleżanki chichoczące za każdym razem gdy się
odwróciłam. Zresztą, nawet to było zbędne, bo my już wtedy wiedzieliśmy, że
odtąd będziemy istnieć tylko dla siebie.
Spoglądam
do góry. Choć rano, kilka godzin wcześniej, padało, teraz niebo zaczynało
wyraźnie się rozchmurzać. Ale to dobrze. Nie będziemy moknąć. Lekki, ciepły
wietrzyk owiewa moją twarz. Miękkie kosmyki włosów pieszczą ją delikatnie,
umyślnie jednak omijając oczy. Nawet one wiedzą, że lepiej mi dziś nie
podpadać.
To
były ostatnie dni naszego grupowego, letniego wyjazdu. W przed dzień powrotu
urządzaliśmy wielkie ognisko pożegnalne. Ja odpowiedzialnie wszystko
nadzorowałam, podczas gdy ty, jak zwykle zresztą, wygłupiałeś się w najlepsze.
Kilka razy oberwałeś ode mnie naganę, jednak nigdy ani ty, ani nawet i ja nie
braliśmy jej zbyt poważnie. To przez to, że patrząc na twój uśmiech, na twoje
szczęście nie potrafiłam się na ciebie długo gniewać. W końcu wszystko było
gotowe. Jak zwykle miałam dojść ostatnia. Kiedy jednak skierowałam się w
kierunku wszystkich – ciebie nie było. To nic,
pomyślałam, pewnie zaraz dojdzie.
Jednak moje oczy i tak chciały cię zobaczyć i wbrew mojej woli sprawiły, że
obejrzałam się dokoła. Stałeś pod drzewem. Machnęłam ręką, abyś się pośpieszył,
po czym odwróciłam się i próbowałam dogonić resztę. Ty jednak miałeś inny plan.
Złapałeś mnie za łokieć i pociągnąłeś w głąb małego lasku. Po chwili
znaleźliśmy się na skarpie, od której drzewa stały w bezpiecznej odległości,
więc całe, niesamowicie rozgwieżdżone niebo stało przed nami otworem. Od znajomych,
którzy najwyraźniej o tym miejscu nie wiedzieli, dzieliło nas tylko parę metrów
drzew, przez co słyszeliśmy ich rozmowy, śpiewy, gitarę, a od czasu do czasu
zaplątała się gdzieś łuna światła rzucana przez, nie małe przecież, ognisko.
Spojrzałam na ciebie pytająco. Ty jednak nie raczyłeś mi nic wytłumaczyć, tylko
z zawziętością w oczach przyciągnąłeś mnie do siebie za wciąż trzymany łokieć.
Staliśmy tak jeszcze chwilę. Potem jedną ręką objąłeś mnie w talii, drugą
wplotłeś w moje włosy i mocno, lecz nie brutalnie przycisnąłeś swoje usta do
moich. Przez sekundę, oszołomiona nie wiedziałam co się dzieje. Zaraz jednak
przewiesiłam ręce wokół twojej szyi i przytuliłam się do ciebie. Nasz pierwszy
pocałunek.
Już
jestem. Uśmiecham się w sposób, jaki zawsze u ciebie nienawidziłam. Moje usta
wyglądają radośnie, lecz oczy są smutne i zimne jak lód. Wiem, że przynajmniej
dziś nie powinnam cię tak witać, ale przecież się nie obrazisz, nie?
26.06.2000r
Przeżyliśmy
tyle wspaniałych chwil. Wakacje. Święta. Lata szkoły. Nasz „pierwszy raz”. Nikt
się więc nie zdziwił, gdy po tym całym czasie postanowiliśmy się pobrać.
Właściwie, to każdy wiedział to już od samego początku. Łącznie z nami. Jednak
nasz ślub cechowało coś szczególnego. Taka jedna chwila, już po złożeniu
przysięgi. Gdy powiedziano, że możemy się pocałować w całym kościele, jak na
komendę, zapanowała cisza. Twój głos, w równie niesamowity sposób, stał się
nagle donośny i silny, ja jednak wyczułam w nim tą dawną, chłopięcą nieśmiałość
towarzyszącą ci za pierwszym razem. Po raz kolejny powiedziałeś: „Bądźmy ze
sobą zawsze i na zawsze, dobrze? Obiecujesz?”, a ja po raz kolejny byłam w
stanie tylko przytaknąć. Potem pocałunek, wiwaty, słowa, które powiedziałeś
wśród tych hałasów już tylko do mnie: „Nie rozstawajmy się nigdy.” i radość,
która zapanowała w moim sercu, niszcząc moje opanowanie, pozwalając swobodnie
płynąć łzom.
Kucam.
Patrzę. Odcinam się od świata, a ostatnią rzeczą jaką widzę jest betonowa
płytka, która przez ten krótki słoneczny czas zdążyła już wyschnąć.
Byliśmy
szczęśliwi. Jedynym problemem jaki nas wtedy nawiedził był fakt, że nie mogłam
mieć dzieci. Wiele dni płakałam, ale razem przeszliśmy przez to i
postanowiliśmy adoptować niemowlę. W końcu byliśmy ty, ja, nasza córeczka i
trochę starszy synek. Jednak dawne szczęście nie miało już do nas wrócić.
Chwieję
się i upadam na kolana. Jednak jestem tego tylko w połowie świadoma. Druga
część mnie topi się teraz w bolesnych wspomnieniach, rozpaczliwie wyciągając w
górę rękę, szukając pomocy, choć wie, że ta znikąd nie nadejdzie.
Po
pewnym czasie zacząłeś palić, bardzo dużo, co niestety nieuchronnie doprowadziło
do nałogu. Zawsze byłam przeciwna. Lecz to stało się tak silne, że nawet gdy
próbowałeś z tym skończyć nie mogłeś wytrzymać zbyt długo. I właśnie to, takie
niby małe i codzienne, miało zaprowadzić chaos. Inaczej – dostałeś raka płuc.
Odkryliśmy to w miarę szybko, więc, po długim leczeniu, lekarze mówili, że
wszystko jest na jak najlepszej drodze do wyleczenia cię. Ta nadzieja
rozpierająca serca nas wszystkich niepochamowaną radością. Nadzieja. Matka
głupich.
W
końcu wspomnienia wypuszczają mnie ze swych długich macek, pozwalając nabrać
głębszy oddech. Opadam na ręce, w ostatniej chwili zdążając jeszcze rzucić do
ciebie bukiet kwiatów. Delikatny do tej pory wiatr, nabiera mocy i uderza we
mnie zimnymi teraz masami powietrza. W mojej głowie rozbrzmiewają twoje słowa.
„ Bądźmy razem zawsze...”, „ Nigdy się nie rozstawajmy...” , co? Jednak
nie pozwoliłeś im się spełnić. Ach, wiem przecież, że nie specjalnie. Ten jeden
raz, gdy płakałeś. Gdy w środku nocy obudziłeś mnie, która zasnęłam przy twoim
szpitalnym łóżku i z tym niezapomnianym dla mnie wyrazem twarzy przepraszałeś
za to co miało się stać.
Teraz
to mi stanęły łzy w oczach. Wtedy postanowiłam, że nie będę płakać, ale nie mam
już sił. Czuję gorące krople spływające po moich policzkach. Jednak dopiero,
gdy widzę dwie mokre plamy na świeżo wyschniętej płycie przed sobą, zdaję sobie
sprawę, że dłużej nie wytrzymam. Zbieram w sobie wszystkie resztki sił by jakoś
stanąć na nogi, żegnam się szybko i czuję, że to moja ostatnia wizyta, bo
pęknie mi serce, bo brak mi sił, by jeszcze raz przyjść tu ot tak, a wiem, że
Bóg ma zamiar zabrać mnie do siebie zanim minie następny rok. Ale przynajmniej się zobaczymy, czyż nie?
Wykończona, szlochając głośno odchodzę chwiejnym krokiem myśląc: Nie „żegnaj”... do zobaczenia... nie
„żegnaj” – do zobaczenia..! i tak się pocieszając na wieczność pozostawiam za
sobą twój grób.
26.06.2060r
.siedemdziesiąta rocznica naszego spotkania.
.sześćdziesiąta rocznica naszego ślubu.
.czterdziesta rocznica Twojej śmierci.
<A przecież... „Miało być tak pięknie..!>
**********
No, oto mój ''one shot'' :P Czcionka jest, jaka jest, bo tekst kopiowany z Word'a. Tak jak mówiłam napisałam to ładne 2/3 lata temu, więc tekst raczej do pośmiania ;)
Tak baj de łej, to załamał mnie kompletny brak komentarzy pod ostatnim rozdziałem ; _ ;
Nie uważam, żeby opowiadanie było dobre, tym bardziej, że wciąż piszę je na siłę i zastanawiam się, czy nie dodać mojej aktualnej opowieści >.< , ale i tak cholernie mnie to zabolało TT TT
Dobra, tak musiało być, przeżyję, poprawię się.. ;)
Do przeczytania!
PS: ...komentarz..? O^O ..?
PSS: ...głos w ankietce..? O^O ...?
Choi Joligae~