poniedziałek, 6 maja 2013

Rozdział III "Is this destiny? Or just bad luck.. ..?"

~III~

~ zmiana narracji na 1 os. *na potrzeby rozdziału 3* ~

   - Ghaaa! Nareszciee!.. - stęknęłam, wysiadając z samolotu, rozprostowując obolałe ciało po całodobowej podróży. Usłyszałam mało przyjemne chrupnięcie przesuwających się kości, ale ulga i następujące po niej rozluźnienie były niesamowite. Odetchnęłam głęboko wschodnim powietrzem i po raz pierwszy dałam sobie szansę rozejrzenia się po okolicy. Odkąd pilot poinformował nas o przekroczeniu granicy Korei Południowej, mentalnie przykułam się do siedzenia. Ten kraj ze snów chciałam zobaczyć po raz pierwszy nie przez szybkę okna, a, co najwyżej, przez soczewki, które ze względu na moją krótkowzroczność muszę nosić. Chciałabym powiedzieć, że pierwsze spojrzenie, które rzuciłam na ten inny świat zapychało dech w piersiach, naprawdę, ale tak nie było. Nie poruszył mnie żaden zmysł: wzrok, węch, słuch, dotyk.. W końcu było to jedynie lotnisko, nowoczesne, ale w Anglii już się takich naoglądałam. Nic nowego. Mimo to w oczach stanęły mi łzy. Nie za sprawą czegoś, co mogłabym zobaczyć lub poczuć, a przez sentyment, który uroił mi się w głowie. Sentyment, do spełnionych marzeń. Jeżeli mam być szczera, nigdy do końca nie uwierzyłam, że kiedyś się tu znajdę. Teraz, kiedy tylko parę metrów dzieli mnie od, do tej pory nierealnego, snu emocje buzują we mnie, jak w butli z gazowanym, cytrynowym napojem w mojej torbie, którą lądowanie nieźle "wstrząsnęło'' - dosłownie.
   Cały klimat zdołał się jednak popsuć w ciągu chwili. Najwyraźniej na schodkach prowadzących do wejścia samolotu stałam sekundę za długo, gdyż nagle poczułam jak coś (najprawdopodobniej łokieć) wkręca się w moje żebra. Ktoś przepchał się obok, a ja stęknęłam cicho i złapałam za barierkę, żeby mój pierwszy, literalny kontakt z Koreą nie skończył się złamanym od upadku nosem. Z istną furią w oczach - nie można było, ku*wa, grzecznie przeprosić?! koniecznie trzeba psuć mi tak pamiętne chwile? - obróciłam się by spojrzeć, cóż to za urocza istota zaraz dostanie ode mnie w zęby i zbladłam. Dominik nawet się za mną nie obejrzał, właśnie stawiał pierwsze kroki po powierzchni lotniska.
- On chyba mnie nie lubi - szepnęłam, w założeniu do własnych myśli - ach, ten cudny zwyczaj gadania do siebie. W tym samym momencie na moim ramieniu poczułam ciepło czyjejś dłoni.
- Nie martw się, tego dupka chyba coś dzisiaj porządnie ugryzło. Haha, żart, jego coś pogryzło i wypluło jeszcze w dniu narodzin - brunet wyszczerzył do mnie swe perłowe ząbki, Nicolao. Przełożył mi rękę przez ramię i lekko popychając sprowadził na dół schodków, abyśmy nie torowali przejścia. Z samolotu zaczęła wysiadać reszta pasażerów, łącznie z naszą grupą. Potem blondyn stanął naprzeciw mnie, nie przestając się uśmiechać. Wyciągnął rękę w moją stronę.
- Cześć, jestem...
- Nie - przerwałam mu - wiem, kim jesteś.
- Słuchaj, ty wiesz kim jestem, ja wiem kim ty jesteś, super, ale przedstawić się wypada - powiedział z uporem w głosie, po czym sięgnął po moją dłoń i uścisnął ją stanowczo i serdecznie w geście powitania. - Jestem Nicolao Barraza, pochodzę z Hiszpanii - ha,wiedziałam - mam 19 lat. Miło mi cię poznać.
   Ten człowiek był tak sympatyczny, że nie mogłam się nie zaśmiać.
- Jestem Mirien Sasin, ehmm... - pochodzenie chyba sobie odpuszczę.. - ee, mam 18 lat. Mnie również miło poznać - chłopak obdarzył mnie kolejnym pięknym uśmiechem.
- No, to skoro formalności mamy już za sobą - pociągnął moją wciąż trzymaną przez niego dłoń i jego ręka znów zawisła na moich ramionach - to ruszajmy na podbój!
- Yyy, podbój.. ee, co? - mówiłam, rozkojarzona jego bliskością. Ciężko było mi cokolwiek ogarnąć. Nie chodzi o to, że był jakiś szczególny, po prostu nigdy nie byłam przyzwyczajona do kontaktu fizycznego. Rzadko się przytulam, gdy przez przypadek dotknę czyjejś skóry przechodzą mnie dreszcze, a moja szyja to już w ogóle - powinnam obkleić ją taśmą z napisem ''NIE DOTYKAĆ, GRYZĘ''. Nicolao od tego czułego miejsca oddzielały na szczęście moje włosy..
- Ojj, no! Na podbój Korei, co ty taka niemrawa, dziewczyno? - śmiał się, udając oburzenie. Znaczy, mam nadzieję, że udając..
- A-ach, tak, pewnie... to chodźmy... - zatrzymałam się gwałtownie. - Nicolao, to chodźmy GDZIE?
   Chłopak przez chwilę patrzył na mnie, nie rozumiejąc, o co chodzi. Gdy już miał odpowiedzieć rozejrzał się i pobladł lekko, co wyraźnie odwzorowało się na jego ciemnej skórze. Dookoła nie było nikogo z naszej grupy - uczniów, opiekunów - nikogo.
- Pewnie poszli do taśmy z bagażami, chodź, założę się, że już czekają - zaśmiałam się nerwowo. On kiwnął lekko głową, podnosząc do góry kącik ust, co w założeniu miało pewnie być kolejnym radosnym uśmiechem, ale w finale wyglądało jak dziwny grymas. Bądźmy szczerzy, każdy głupi zobaczyłby, że żadne z nasz  nie uwierzyło w moje słowa. Mimo to ruszyliśmy raźnym krokiem(czyt. pełnym stresu biegiem) w stronę - jak nam się wydawało - punktu wydawania bagaży. Jednak, z powodu słabej orientacji w terenie, parę minut błądziliśmy po lotnisku. W końcu znaleźliśmy nasze walizki, umyślnie nie rozglądając się przy tej czynności na boki - wiedzieliśmy, że nie ma tu nikogo z naszej wymiany, ale żadne nie chciało być tym, które pierwsze to ogłosi. W końcu przełamałam się.
- N-no cóż, wygląda na to.. - zaczęłam drżącym głosem.
- Kuźwa, poszli bez nas! - jęknął Nicolao. Również stęknęłam cicho. Chciałam dać nam jeszcze trochę nadziei, mówiąc, że pewnie czekają na zewnątrz, czy coś, ale prawda jest taka, że byłoby to kompletnie pozbawione sensu. Nicolao powiedział na głos to, co obydwoje myśleliśmy od samego początku.

**********

No, oto pierwsza część 3 rozdziału :D Podzieliłam to na części, bo:
1. Jutro mam wycieczkę szkolną i muszę wstać o 5.00(TxT), więc nie mam czasu siedzieć i pisać dalej;
2. Nie wiem, czy dobrze Wam się czyta te moje długaaśne rozdziały. Jeżeli możecie, to poinformujcie mnie w komentarzach(jeżeli jakieś będą ;___;), czy wcześniejsza długość była ok, czy wolicie żebym dzieliła rozdziały na części, jak tutaj.
Mam nadzieję, że Wam się spodobało ;) Liczę, że jest na tyle okay, że nagrodzisz mnie, Czytelniku, komentarzem...? ;___; Bo tak serio, to to pierwszy rozdział, na który pomysł sam cisnął mi się do głowy - nie pisany na siłę! xD
No, nie nudzę już, do przeczytania :)

~ChoiJoligae

środa, 3 kwietnia 2013

One Shot "Na zawsze, dobrze?"


Idę chodnikiem rozglądając się na boki. Wiem, którędy iść, bo moje nogi same zapamiętały drogę podczas tych codziennych podróży, ale moje oczy i tak szukają. Chcą być pierwsze. To już taki tradycyjny wyścig z resztą mojego ciała, prawda?
 Miało być tak pięknie. Dziewczyna i chłopak. Księżyc i Słońce.
Nie byliśmy do siebie szczególnie podobni. Ja - dość spokojna, opanowana. Gdy byłam szczęśliwa śmiałam się, gdy byłam smutna – płakałam. Płakać jednak, zawsze wolałam w samotności, jak na osobę dość zamkniętą w sobie przystało. Ty... nie posiadałeś tej równowagi. Prawie zawsze śmiałeś się czasem bez potrzeby, a nawet gdy było to CO NAJMNIEJ nie wskazane. Za to nie płakałeś nigdy i nawet ja tylko raz w całym moim życiu widziałam twoje łzy. Ale coś nas połączyło. Zawsze chodziłam otoczona wianuszkiem dziewczyn, ty chłopców, więc na początku mogliśmy tylko spoglądać na siebie. Jednakże z czasem okazało się, że ktoś z mojej „świty” zna kogoś z twojej. I dzięki temu po raz pierwszy się spotkaliśmy.
O! Oczy jak zwykle pierwsze. Już widzę. Moje nogi nie chcą jednak zostać z tyłu i dzielnie prą na przód. Niedługo tam będę.
26.06.1990r
Pamiętam, jak to „przez przypadek” na mnie wpadłeś podczas sylwestrowej imprezy u naszych przyjaciół. Tak, słodkie i romantyczne, jednak nigdy do końca nie wybaczyłam ci zniszczenia mojej bluzki, która - choć nie nadawała się już do użytku - stała się potem moją ulubioną przez to właśnie związane z nią wydarzenie. Potem już do końca przyjęcia nie odstąpiłeś mnie na krok. W finale fajerwerki oglądaliśmy trzymając się za ręce. Nikt jeszcze niczego nie wyznał, a jednak, gdy już się złapaliśmy nikt nie chciał puścić. Powiedziałeś wtedy coś tak ważnego, że nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Powiedziałeś: „ Bądźmy razem zawsze i na zawsze, dobrze? Obiecujesz?”. Jedynie przytaknęłam, ale to wystarczyło. I ci wszyscy ludzie – twoi koledzy, rzucający złośliwymi, aczkolwiek przyjacielskimi uwagami – i moje koleżanki chichoczące za każdym razem gdy się odwróciłam. Zresztą, nawet to było zbędne, bo my już wtedy wiedzieliśmy, że odtąd będziemy istnieć tylko dla siebie.
Spoglądam do góry. Choć rano, kilka godzin wcześniej, padało, teraz niebo zaczynało wyraźnie się rozchmurzać. Ale to dobrze. Nie będziemy moknąć. Lekki, ciepły wietrzyk owiewa moją twarz. Miękkie kosmyki włosów pieszczą ją delikatnie, umyślnie jednak omijając oczy. Nawet one wiedzą, że lepiej mi dziś nie podpadać.
To były ostatnie dni naszego grupowego, letniego wyjazdu. W przed dzień powrotu urządzaliśmy wielkie ognisko pożegnalne. Ja odpowiedzialnie wszystko nadzorowałam, podczas gdy ty, jak zwykle zresztą, wygłupiałeś się w najlepsze. Kilka razy oberwałeś ode mnie naganę, jednak nigdy ani ty, ani nawet i ja nie braliśmy jej zbyt poważnie. To przez to, że patrząc na twój uśmiech, na twoje szczęście nie potrafiłam się na ciebie długo gniewać. W końcu wszystko było gotowe. Jak zwykle miałam dojść ostatnia. Kiedy jednak skierowałam się w kierunku wszystkich – ciebie nie było. To nic, pomyślałam, pewnie zaraz dojdzie. Jednak moje oczy i tak chciały cię zobaczyć i wbrew mojej woli sprawiły, że obejrzałam się dokoła. Stałeś pod drzewem. Machnęłam ręką, abyś się pośpieszył, po czym odwróciłam się i próbowałam dogonić resztę. Ty jednak miałeś inny plan. Złapałeś mnie za łokieć i pociągnąłeś w głąb małego lasku. Po chwili znaleźliśmy się na skarpie, od której drzewa stały w bezpiecznej odległości, więc całe, niesamowicie rozgwieżdżone niebo stało przed nami otworem. Od znajomych, którzy najwyraźniej o tym miejscu nie wiedzieli, dzieliło nas tylko parę metrów drzew, przez co słyszeliśmy ich rozmowy, śpiewy, gitarę, a od czasu do czasu zaplątała się gdzieś łuna światła rzucana przez, nie małe przecież, ognisko. Spojrzałam na ciebie pytająco. Ty jednak nie raczyłeś mi nic wytłumaczyć, tylko z zawziętością w oczach przyciągnąłeś mnie do siebie za wciąż trzymany łokieć. Staliśmy tak jeszcze chwilę. Potem jedną ręką objąłeś mnie w talii, drugą wplotłeś w moje włosy i mocno, lecz nie brutalnie przycisnąłeś swoje usta do moich. Przez sekundę, oszołomiona nie wiedziałam co się dzieje. Zaraz jednak przewiesiłam ręce wokół twojej szyi i przytuliłam się do ciebie. Nasz pierwszy pocałunek.
Już jestem. Uśmiecham się w sposób, jaki zawsze u ciebie nienawidziłam. Moje usta wyglądają radośnie, lecz oczy są smutne i zimne jak lód. Wiem, że przynajmniej dziś nie powinnam cię tak witać, ale przecież się nie obrazisz, nie?
26.06.2000r
Przeżyliśmy tyle wspaniałych chwil. Wakacje. Święta. Lata szkoły. Nasz „pierwszy raz”. Nikt się więc nie zdziwił, gdy po tym całym czasie postanowiliśmy się pobrać. Właściwie, to każdy wiedział to już od samego początku. Łącznie z nami. Jednak nasz ślub cechowało coś szczególnego. Taka jedna chwila, już po złożeniu przysięgi. Gdy powiedziano, że możemy się pocałować w całym kościele, jak na komendę, zapanowała cisza. Twój głos, w równie niesamowity sposób, stał się nagle donośny i silny, ja jednak wyczułam w nim tą dawną, chłopięcą nieśmiałość towarzyszącą ci za pierwszym razem. Po raz kolejny powiedziałeś: „Bądźmy ze sobą zawsze i na zawsze, dobrze? Obiecujesz?”, a ja po raz kolejny byłam w stanie tylko przytaknąć. Potem pocałunek, wiwaty, słowa, które powiedziałeś wśród tych hałasów już tylko do mnie: „Nie rozstawajmy się nigdy.” i radość, która zapanowała w moim sercu, niszcząc moje opanowanie, pozwalając swobodnie płynąć łzom.
Kucam. Patrzę. Odcinam się od świata, a ostatnią rzeczą jaką widzę jest betonowa płytka, która przez ten krótki słoneczny czas zdążyła już wyschnąć.
Byliśmy szczęśliwi. Jedynym problemem jaki nas wtedy nawiedził był fakt, że nie mogłam mieć dzieci. Wiele dni płakałam, ale razem przeszliśmy przez to i postanowiliśmy adoptować niemowlę. W końcu byliśmy ty, ja, nasza córeczka i trochę starszy synek. Jednak dawne szczęście nie miało już do nas wrócić.
Chwieję się i upadam na kolana. Jednak jestem tego tylko w połowie świadoma. Druga część mnie topi się teraz w bolesnych wspomnieniach, rozpaczliwie wyciągając w górę rękę, szukając pomocy, choć wie, że ta znikąd nie nadejdzie.
Po pewnym czasie zacząłeś palić, bardzo dużo, co niestety nieuchronnie doprowadziło do nałogu. Zawsze byłam przeciwna. Lecz to stało się tak silne, że nawet gdy próbowałeś z tym skończyć nie mogłeś wytrzymać zbyt długo. I właśnie to, takie niby małe i codzienne, miało zaprowadzić chaos. Inaczej – dostałeś raka płuc. Odkryliśmy to w miarę szybko, więc, po długim leczeniu, lekarze mówili, że wszystko jest na jak najlepszej drodze do wyleczenia cię. Ta nadzieja rozpierająca serca nas wszystkich niepochamowaną radością. Nadzieja. Matka głupich.
W końcu wspomnienia wypuszczają mnie ze swych długich macek, pozwalając nabrać głębszy oddech. Opadam na ręce, w ostatniej chwili zdążając jeszcze rzucić do ciebie bukiet kwiatów. Delikatny do tej pory wiatr, nabiera mocy i uderza we mnie zimnymi teraz masami powietrza. W mojej głowie rozbrzmiewają twoje słowa. „ Bądźmy razem zawsze...”, „ Nigdy się nie rozstawajmy...” , co? Jednak nie pozwoliłeś im się spełnić. Ach, wiem przecież, że nie specjalnie. Ten jeden raz, gdy płakałeś. Gdy w środku nocy obudziłeś mnie, która zasnęłam przy twoim szpitalnym łóżku i z tym niezapomnianym dla mnie wyrazem twarzy przepraszałeś za to co miało się stać.
Teraz to mi stanęły łzy w oczach. Wtedy postanowiłam, że nie będę płakać, ale nie mam już sił. Czuję gorące krople spływające po moich policzkach. Jednak dopiero, gdy widzę dwie mokre plamy na świeżo wyschniętej płycie przed sobą, zdaję sobie sprawę, że dłużej nie wytrzymam. Zbieram w sobie wszystkie resztki sił by jakoś stanąć na nogi, żegnam się szybko i czuję, że to moja ostatnia wizyta, bo pęknie mi serce, bo brak mi sił, by jeszcze raz przyjść tu ot tak, a wiem, że Bóg ma zamiar zabrać mnie do siebie zanim minie następny rok. Ale przynajmniej się zobaczymy, czyż nie? Wykończona, szlochając głośno odchodzę chwiejnym krokiem myśląc: Nie „żegnaj”... do zobaczenia... nie „żegnaj” – do zobaczenia..! i tak się pocieszając na wieczność pozostawiam za sobą twój grób.

26.06.2060r
.siedemdziesiąta rocznica naszego spotkania.
.sześćdziesiąta rocznica naszego ślubu.
.czterdziesta rocznica Twojej śmierci.

<A przecież... „Miało być tak pięknie..!>




**********

No, oto mój ''one shot'' :P Czcionka jest, jaka jest, bo tekst kopiowany z Word'a. Tak jak mówiłam napisałam to ładne 2/3 lata temu, więc tekst raczej do pośmiania ;)
Tak baj de łej, to załamał mnie kompletny brak komentarzy pod ostatnim rozdziałem ; _ ; 
Nie uważam, żeby opowiadanie było dobre, tym bardziej, że wciąż piszę je na siłę i zastanawiam się, czy nie dodać mojej aktualnej opowieści >.< , ale i tak cholernie mnie to zabolało TT TT 
Dobra, tak musiało być, przeżyję, poprawię się.. ;)
Do przeczytania!
PS: ...komentarz..? O^O ..?
PSS: ...głos w ankietce..? O^O ...?


Choi Joligae~



sobota, 30 marca 2013

Rozdział II '' And what if you see me, when you don't know anything about me? ''

~ II ~



   Zebranie skończyło się dobrych dziesięć minut temu, ale wszyscy byli jeszcze na sali. Nauczyciele i uczniowie rozmawiali w niewielkich grupkach, a pomiędzy nimi krzątali się konserwatorzy i sprzątaczki, układając ławki i składając mikrofony, głośniki. Tylko Mirien stała sama w kącie i, udając, że sprawdza coś na telefonie, rozcierała obolały po upadku tyłek. Ukradkiem spoglądała na ciemnowłosego chłopca - Dominika Bukowskiego. Była w szoku. Jej matka dołożyła wszelkich starań aby w szkole, do której zapisała nastolatkę nie było żadnych polaków. Dziewczyna nigdy nie dowiedziała się jak kobieta osiągnęła ten cel, skoro szkoła pełna była najróżniejszych narodowości, jednak, przez trzy lata, ani razu nie usłyszała tu polskiego nazwiska. Aż do teraz.
   Gdzieś na sali rozległ się ''cichy'' chichot. Mirien obejrzała się w odpowiednią stronę, a jej wzrok zatrzymał się na trójce dziewcząt - Lubawie, Sifie i Wasilinie. Ich pogardliwe uśmieszki do reszty wyrwały Sasin z zadumy i przywołały błysk wspomnień sprzed paru minut.
   ''... dziewczyna z cichym <<tapnięciem>> zsunęła się z ławki. Wszyscy obecni utkwili w niej pytające spojrzenia. 
- Eee, wszystko w porządku, panienko Sasin? - spytała z nutą troski w głosie Rulie. Normalna reakcja, zważając na fakt, że twarz nastolatki wyglądała dość niezdrowo: jak z kredowego pyłu, który w wyniku drżenia jej ciała miał zaraz się rozsypać. - Dobrze się czujesz? Może ktoś powinien pójść z tobą do pielęgniarki? 
- N-niee, wszystko okay. Po prostu się zamyśliłam. - Gorszej wymówki chyba nie miałam! Z zamyślenia spadłam z ławki? Jednak nauczycielka zrozumiała chyba, że dziewczyna chce szybko skończyć temat, więc tylko kiwnęła głową i wróciła do prowadzenia spotkania.
- No, to teraz już krótko: konkrety dotyczące wyjazdu. A więc..
   Mirien cichutko wślizgnęła się z powrotem na ławkę. Mimo to większość towarzystwa wciąż nie spuszczała z niej wzroku, jedynie Rulie sprawiała wrażenie, jak gdyby nic jej nie przerwało. Wkrótce jej śladem podążyła reszta rady pedagogicznej, potem uczniowie. Kiedy jednak nawet <<trojaczki>> przestały spoglądać na Mirien, ta wciąż miała wrażenie, że coś jest nie tak. Czuła się spięta, miała gęsią skórkę a wszystko to z powodu przeczucia, że ktoś ją obserwuje. Zabrakło jej jednak odwagi, by sprawdzić kto to. Gdy w końcu zdecydowała się rozejrzeć, szybko tego pożałowała. Jej spojrzenie utkwiło w należących do wysokiego szatyna szmaragdowo-zielonych tęczówkach o odcieniu prawie tak zimnym, co świecąca z nich pogarda.''

***

   W niedzielę wieczór Molly pomagała Mirien pakować się na wyjazd. Jako że blondynka postanowiła zabrać jedynie ulubione ubrania, z planem dokupienia nowych w razie potrzeby, szybko wcisnęły wszystko do niewielkiej walizki. Następnie, chcąc miło zapamiętać ten ostatni w najbliższym roku wspólny wieczór, ustaliły, że urządzą sobie mały maraton filmowy z finiszem o 3 nad ranem. Sasin ruszyła do kuchni przygotować coś do podgryzania, podczas gdy Mo zajęła się pracami nad samym seansem. Gdy już skończyła wyszła z pokoju i skierowała się do łazienki z zamiarem zmycia makijażu i przebrania się w piżamę.
- Mmm, Molly naprawdę jest wspaniała! - doszedł szatynkę głos z kuchni, znajdującej się na parterze domu, należący do mamy Mirien - Sehane. Pod nosem Mo pojawił się mały uśmieszek. - Taka miła i kochana.. naprawdę, cieszę się, że masz taką przyjaciółkę, szczególnie po całej tej sytuacji z ... no, z sama wiesz kim... Ach, nie ważne, gdzie są te chrupki?..
   Molly stała chwilę w drzwiach sypialni Sasin, zastanawiając się, jaki był sens słów Sehane. Po chwili jednak wzruszyła ramionami i ruszyła dalej korytarzem. Bliżej łazienki znajdował się pokój 10 - letniej May' i , z którego właśnie wyszła ów dziewczynka. Na jej twarzy jak zwykle malował się uśmiech, jednak rozpłynął się momentalnie, gdy tylko ujrzała Mo.  Następnie rozejrzała się szybko, szukając Mirien. Nie widząc siostry, Maya pobladła i zachwiała się lekko, łapiąc za framugę drzwi. Szatynka prychnęła cicho. Położyła rękę na biodrze i obserwowała ruchy dziesięciolatki..

***

Maya pożegnała się z przyjaciółką. Po tym, jak co wieczór, usunęła Wiktorię ze swoich kontaktów na Skype. Nigdy nie wiadomo, kiedy mama przyjdzie i sprawdzi komputer dziewczyny, a takiej sytuacji lepiej, żeby nie znalazła polki wśród znajomych May'i. Dziesięciolatka przeciągnęła się mocno i wstała z zamiarem pójścia do kuchni. Pod nosem nuciła tekst piosenki, którą usłyszała parę dni wcześniej w pokoju siostry.
- Stop, stop breaking my heart, I love you girl! Stop, stop breaking my heart..
   Otworzyła drzwi i zamarła. Po korytarzu szła Molly z tym wrednym, pewnym siebie uśmieszkiem, który jedynie Maya miała nieszczęście widywać. Przyjaciółka Mirien przed wszystkimi przyjmowała maskę ułożonej, pogodnej, mądrej i niezwykle miłej, czarującej dziewczyny. Wszyscy ją uwielbiali. Do pewnego  momentu Maya czuła to samo. Aż, któregoś letniego wieczoru, dwa lata temu, ujrzała Molly otoczoną grupką facetów spod tak zwanej ''ciemnej gwiazdy'', przy ścianie niewielkiej uliczki. Już miała szukać pomocy, gdy usłyszała śmiech. Nie obleśny śmiech napalonego zboczeńca, a dźwięczny śmiech pięknej Mo, która przyciągnęła jednego z otaczających ją typów i, przesuwając papieros w kącik ust, obdarowała go pocałunkiem angażując w niego swój język z obrzydliwą wręcz perwersją. Dookoła nich rozległy się gwizdy, ''ochy'' i '' achy'', śmiechy oraz pomruki  aprobaty. Mo coraz odważniej zabawiała się z mężczyzną. Jej lewa dłoń powoli wsunęła się w jego spodnie, zatrzymując na kroczu, a on, powiedzmy, nie pozostawał jej dłużny. Już wtedy Maya wiedziała, że powinna uciekać, ale nie mogła nawet wzroku oderwać od szokującej sceny. To ją zgubiło.
- E, a to co..? - krzyknął jeden z grupki obserwujących . Prawdopodobnie był już porządnie spity, gdyż jego oczy, w swym okrężnym  tańcu, tylko od czasu do czasu zatrzymywały się na dziewczynce. Wystarczyło to jednak by ją zauważył i cała banda po chwili zwrócona była ku May'i.
- Ta mała dziwka.. - syknęła Mo, mrużąc swoje kocie oczy w wąskie szparki. -  Łapcie ją, debile!
   'Kolegom'' nie trzeba było dwa razy powtarzać, zareagowali wszyscy, natychmiastowo, choć każdy na inny sposób. Trójka po prostu odepchnęła się od muru po czym runęła na ziemię, nie będąc w stanie zrobić kroku, a jeden z nich już rzucał się we własnych wymiocinach. Pozostała czwórka, w pełni lub w pewnym stopniu chociaż trzeźwa, rzuciła się na dziewczynkę. Maya, naturalnym odruchem, spróbowała oczywiście uciekać, jednak wystarczyło parę sekund, by znalazła się w uścisku śmierdzącego wódą gościa. Po chwili leżała u stóp Molly, trzymana dość ''niedelikatnie'' za włosy.
- Haha, myślałaś, że zwiejesz.. Ooch, nie obraź się, skarbie, ale zawsze wydawałaś mi się głupia - mówiła, tonem kochającej matki, Mo. Wyraz jej twarzy pozostawał ten sam, co zwykle, a jednak było w niej coś, co wprawiało May'ę w dzikie przerażenie. - Echh.. co zrobić? Widziałaś trochę za dużo, żebym po prostu wcisnęła ci jakiś kit, w który jako tępa dziunia zaraz uwierzysz. Najwyraźniej trzeba cię wtajemniczyć. A więc: primo, oto ja, secundo, powiedz coś komuś, z siostrą na czele, a ten kolega taplać się będzie w twoich flakach, zrozumiano? - powiedziała wskazując na podnoszącego się z wymiotów chłopaka. - Zrozumiano? - powtórzyła, tym razem ostrzej, gdy nie doczekała się od dziewczynki żadnej odpowiedzi.
   W tym momencie Maya ucieszyła się, iż jest podtrzymywana, choćby w ten mało komfortowy sposób. Wiedziała, że paraliżujący ją strach nie pozwoliłby jej ustać o własnych siłach, a dzięki ów ''pomocy'' mogła hardo (takie przynajmniej było założenie) wpatrywać się w twarz Mo. Doszła do wniosku, że nastolatka, ze względu na Mirien i resztę rodziny, nie odważy się jej skrzywdzić. Jak bardzo się przeliczyła..
   Parę godzin później Molly przyniosła May'ę do domu w stanie lekko naruszonym; ze złamaną nogą, rozciętym czołem i masą licznych zadrapań i siniaków na różnych częściach ciała. Ze łzami w oczach opowiadała jak to znalazła dziewczynkę krwawiącą paręset metrów od domu, otoczoną bandą facetów, a następnie zadzwoniła po policję i, gdy ta przyjechała i rozgoniła mężczyzn, po cichu zabrała poszkodowaną. Mirien zajęta był opatrywaniem ran May'i i doglądaniem jej do czasu przyjazdu karetki, a Sehane była zbyt naładowana emocjami by spytać czemu Molly uciekła przed policją? dlaczego od razu nie zawiadomiła karetki?..

***

   Dziesięciolatka, gdy tylko odzyskała część zmysłów zerwała się i pobiegła w stronę łazienki, najwyraźniej chcąc uciec przed Mo. Szatynka była mimo wszystko szybsza i tuż przed drzwiami złapała May'ę, szarpnęła jej łokieć i, łapiąc klamkę, patrzyła jak dziewczynka z głuchym łoskotem upada na drewnianą podłogę. Wydała z siebie cichy jęk, umilkła jednak natychmiast pod groźnym spojrzeniem Molly.
- Co tam się dzieje? - pytała z dołu Sehane.
- Nic! - odparła słodko Mo. - Maya się potknęła, ale już jest okay.
   Następnie posłała zamarłej na ziemi dziewczynce przymilne spojrzenie, delektowała się jej widokiem, przywodzącym na myśl dzikie zwierzątko widzące drapieżną bestię, trwające w przerażeniu i bezsilności, po czym zamknęła się w łazience.

**********

Nooo, oto kolejny rozdział.Nie ma co się nad nim rozpisywać, wciąż pisany na siłę, a ja wciąż czekam aż wróci mi wena do tego opowiadania. Nie jest zbyt długi, za to jutro lub pojutrze dodam krótki.. hmm, one-shot?, który pisałam 2 czy 3 lata temu, więc please, nie zabijcie mnie za fabułę, bo poza tym to wprowadziłam małą korektę, więc pod tym względem jest do zniesienia. III rozdział postaram się dodać szybko, gdy tylko już coś wymyślę :P
I na razie to tyle.. Dziękuję za to, że czytacie moje wypociny, składam prośby, o ile nie błagania o komentarze i głosy w ankietce niżej i żegnam się :)
Do przeczytania,

Choi Joligae~

czwartek, 28 marca 2013

Ot, pierdoła..

Hej! Pisze ta notke, bo jak widzicie nowy rozdzial znow sie przeciaga, ale to dlatego, ze nie mam dostepu do komputera ( obecnie pisze z telefonu). Dodam go jednak gdzies w ten weekend swiateczny, takze do przeczytania ;)
~ ChoiJoligae

poniedziałek, 25 lutego 2013

Rozdział I '' Sometimes one or two dreams come true. But only one or two. And only sometimes''

~ I ~




- Więc? Zgadzasz się? - spytała dyrektorka trochę zniecierpliwiona. Nic dziwnego, skoro dziewczyna już dobre pół minuty siedziała naprzeciwko z rozdziawionymi ustami. 
- J-ja? Dostałam się? Chyba pani żartuje! Jasne, że chcę jechać! Jeju, Koreo Południowa - nadchodzę! - pisnęła Mirien i wybiegła z pokoju. Za jej plecami słyszała jeszcze jakieś krzyki i śmiechy sekretarek, ale nie zwracała na to uwagi. Teraz liczyło się tylko jedno - jedzie do Seul'u! 
- Sasin, udało ci się?! - dobiegł ją głos Molly. Wysoka dziewczyna długimi, czarnymi włosami kierowała się w stronę rozanielonej przyjaciółki z drugiego końca korytarza.
- Tak! Mo, w końcu jadę do Korei! 
   Dziewczyny padły sobie w objęcia i zaczęły skakać po całym holu. Dopiero po chwili Mirien zdała sobie sprawę z tego, że jej ciężkie buty nie pasują do takich wesołych igraszek, nie mówiąc już o tym, że może zgnieść przyjaciółce stopę. Chrząknęła, poprawiła koszulę, która podwinęła się podczas nagłego wybuchu radości i szybko ruszyła z Molly w stronę wyjścia, zobaczywszy, że wszyscy się na nią gapią. Nic dziwnego - w  szkole uchodziła raczej za typ osoby opanowanej i dojrzałej. Taki był jej image.
- I co, kiedy wyjeżdżasz? - spytała Molly, gdy dziewczyny wyszły już przed szkołę. Zeszły ze schodków i poszyły szerokim chodnikiem prowadzącym do głównej bramy.
- W przyszły poniedziałek..
- Co?! To tylko.. sześć dni! W tydzień masz wyjechać na drugi koniec świata?
- Hej, no przecież to nie moja wina.
- No wiem, ale.. - głos Molly odrobinę zadrżał. - P-przecież ty na pewno się nie wyrobisz! Ja cię znam - pół roku by ci nie wystarczyło - Mimo że Mo się nie myliła, Mirien wiedziała, że co innego trapi przyjaciółkę.
- Oj, no nie martw się. Słuchaj, nie wyjeżdżam na zawsze.. to tylko rok, a przecież możemy się spotkać w ferie zimowe i na święta? Nie musimy urywać kontaktu..
- Co ty gadasz? Przecież się nie martwię - nie mam najmniejszego zamiaru dać ci ode mnie odpocząć!.. - powiedziała Molly, chociaż obydwie wiedziały, że próbuje okłamać samą siebie. Dalsza część rozmowy kręciła się wokół rzeczy, które Sasin ma wziąć ze sobą na wyjazd.

***
   Mirien narzuciła na ramiona cienką bluzę.
- Wychodzę! - krzyknęła w stronę wnętrza domu i zanim ktokolwiek odpowiedział zamknęła za sobą drzwi. Ruszyła niezbyt ruchliwą uliczką prowadzącą do centrum miasta i po raz pierwszy od powrotu ze szkoły głęboko odetchnęła. Nie sądziła, że cały ten wyjazd narobi takiego zamieszania. Pewnie, ona też była podekscytowana, przechodziła wręcz stan euforii - w końcu jedzie do swej wyśnionej Korei! Mimo wszystko.. W pewnym momencie temat zaczął ją męczyć. Ile można? W domu nikt nie mówił o niczym innym. Maya, młodsza siostra Mirien, skakała po łóżku targana emocjami, później dopiero miała się domyślić, że to niecodzienne wydarzenie prowadzi do rozstania się na dość długi czas z jej ukochaną starszą siostrzyczką. Matka dziewczyny krążyła po całym budynku raz pochlipując cicho gdzieś w kąciku, raz śmiejąc się radośnie, raz drżącą ręką sięgając po stojący w barku w salonie Gin. To ostatnie próbowała robić tak często, że Mirien musiała w  końcu ukryć porządnie opróżnioną już butelkę. Dziewczynę mocno zaniepokoiło zachowanie kobiety. Coś było nie tak, Sehane nigdy nie zachowała się w taki sposób.. Czyżby tak bardzo przeżywała wyjazd córki..? Cóż, Mirien postanowiła odstawić to na później.
Próby zmiany tematu podczas rozmowy z przyjaciółką również okazały się bezskuteczne - Molly zawsze znalazła sposób by wrócić do wyjazdu.
   Nic więc dziwnego, że Mirien poczuła się przytłoczona, potrzebowała chwili spokoju. Wyłączyła telefon i wyjęła MP3. Jak zwykle, przed włączeniem urządzenia nie mogła się powstrzymać od dania sobie chwili na zachwyt. Niewielkie, zgrabne, ciemnozłote cudo z krwistoczerwonymi akcentami. Z tyłu, na dolnej części ''empetrójki'' wygrawerowane było nazwisko i imię Mirien, prawdziwe imię. Maria Sasin. Sehane zabroniła jej go używać. Nigdy nie podała powodu, ale właściwie nie musiała. Ojciec Mirien, Daniel, był polakiem, jego pomysłem było nadanie ich pierwszemu dziecku polskiego imienia. Kiedy jednak osiem lat temu, niedługo po urodzeniu się May'i, zniknął, zrozpaczona Sehane, zniszczyła wszystkie dowody jego istnienia: zdjęcia, listy, dokumenty, zabroniła o nim wspominać, a nawet wypowiadać prawdziwe imię Mirien. Dziewczyna była pewna, że ojca już więcej nie zobaczy i właściwie specjalnie jej to nie przeszkadzało. Jeżeli ja go nie obchodzę.. nie mam zamiaru być jedyną, która kocha. Przełom stanowiła ów MP3. Najcenniejsza rzecz, jaką posiadała. Nie chodziło oczywiście o wartość w monecie, a o uczucia, sentyment. Jedyna rzecz, która przypominała o istnieniu jej ojca. Dostała ją trzy lata temu, na swoje piętnaste urodziny. Nie wiadomo skąd, lub od kogo - bo na pewno nie od matki - mężczyzna wiedział jak ważna dla dziewczyny jest muzyka, można więc powiedzieć, że trafił w dziesiątkę. W paczce z odtwarzaczem schowany był krótki, lecz dość znaczący liścik.
''WYBACZ MI. NICZEGO NIE MOGĘ CI WYTŁUMACZYĆ. NIC NIE JEST JEDNAK TAKIE, JAK SIĘ WYDAJE. NIE UFAJ NIKOMU, ZWŁASZCZA TEJ KOBIECIE. WKRÓTCE SIĘ SPOTKAMY, BĄDŹ CIERPLIWA. CIESZ SIĘ BEZTROSKIM ŻYCIEM - STO LAT!
KOCHAM CIĘ.
DANIEL S.''
   Mirien nigdy nie pokazała nikomu swojego skarbu. Nigdy więcej nie dostała też żadnej wiadomości od ojca. List schowała pod obudową MP3. Nie dlatego, że przywiązywała zbyt wielką wagę do jego treści - liczyły się dwie rzeczy: tusz z pióra, które dotykało jego dłoni, i jedynie te słowa - ''kocham cię''.
   Kiedy Mirien grzebała wolną, ręką po kieszeniach, próbując odnaleźć słuchawki, jej uszu doszły ciężkie, szybkie kroki. Ktoś biegł. Nie zwracając na to większej uwagi, dziewczyna wciąż dreptała nierównomiernie chodnikiem, jedynie przesuwając się nieznacznie na prawą stronę, chcąc zrobić miejsce biegnącemu. Najwyraźniej jednak i tak mu tego miejsca nie wystarczyło, gdyż w finale dość mocno uderzył w ramię dziewczyny. Ta zachwiała się mocno, uderzając w stojący po jej prawej stronie mur. Poczuła się jakoś dziwnie. Coś było nie w porządku. I nie chodziło jedynie o to, że chuligan nie wydukał ani słowa przeprosin. Mirien zacisnęła dłonie w złości i ... wytrzeszczyła oczy w przerażeniu.
- Gdzie ''empetrójka''..? - wyszeptała.
   W panice rozejrzała się dookoła. Urządzenia nigdzie nie było. Jedynie średniego wzrostu mężczyzna w dżinsowych spodniach, czarnej bluzie i dżokejce zamigotał przed jej oczami, po czym zniknął za rogiem. Wiedziona przeczuciem dziewczyna rzuciła się za nim biegiem. Kiedy znów znalazł się w zasięgu jej wzroku, typ obejrzał się przez ramię i przyśpieszył. Mirien postanowiła nie tracić sił na wołanie go, teraz była pewna, że to złodziej. Zamiast tego starała się utrzymać tempo i oddychać w miarę rytmicznie, na wypadek gdyby pościg miał potrwać dłuższy czas. Chwilę później jednak, mężczyzna skręcił w jedną z bocznych uliczek, jakże dobrze znanej dziewczynie drodze, prowadzącej do szkoły Sasin. Przez mniej więcej pół kilometra ulica ciągnęła się bez żadnych odnóg, prócz jednej - tej będącej skrótem, którym codziennie podążała dziewczyna, tej, która łączyła się z końcem trasy obranej przez uciekiniera i wreszcie tej, w którą wbiegła Mirien. W tym momencie przyspieszyła tak, jak tylko mogła. Byle tylko wybiec przed nim. Byle tylko go złapać. Po paru, dłużących się w nieskończoność, sekundach dziewczyna znalazła się u wylotu uliczki. Starając się nie myśleć o drążącym jej dziurę w piersi sercu, rozejrzała się po okolicy. Jeszcze przez sekundę czy dwie nie widziała nikogo, po czym zza zakrętu wyłonił się cel Mirien, poprzedzony dudniącym echem swoich kroków. Mam cię, pomyślała nastolatka, spinając wszystkie mięśnie, by być w stanie zatrzymać mężczyznę. On sam, z oczami przysłoniętymi okularami przeciwsłonecznymi, oglądając się co chwila, nie był w stanie zobaczyć w ciemnościach sylwetki dziewczyny. Dzieliło ich już parę metrów, gdy..
   Coś przemknęło tuż obok ramienia Mirien. Ów ''coś'' poruszało się z tak niesamowitą prędkością, że dziewczyna nie była w stanie zauważyć, kiedy dokładnie ''coś'' zmieniło się w piękną, wysoką kobietę, trzymającą pewnym, policyjnym chwytem ręce złodzieja, jęczącego coś pod nosem. Sasin stała, jakby ją zamurowało. 
- Co..?
- Ty nędzny wyrzutku! - przerwała jej kobieta, wręcz plując jadem w stronę złodzieja. - Następnym razem dwa razy się zastanowisz, zanim zabierzesz się za kradzież. - ciągnęła, kiedy nagle jej wzrok padł na Mirien, wciąż stojącą w tej samej pozycji.
- A ty, kochana? O co chodzi? Tobie też to tu zalazło za skórę? - powiedziała już znacznie łagodniejszym i milszym tonem, choć podczas wzmianki ''o tym'' w jej słowach dało się wyczuć wstręt.
- T-tak.. ehmm,, moja ''empetrójka''.. - wydukała nastolatka niepewnie wskazując na wijącego się w uścisku kobiety mężczyznę.
- ''Empetrójka''? - kobieta zwróciła wzrok z powrotem na opryszka, ale w jej oczach mignęło coś  dziwnego. - Ty szumowino! Jak śmiesz okradać tak młode dziewczęta?! Tyyy..! 
   Po chwili dżokejka i okulary uciekiniera znalazły się na ziemi. Złodziej okazał się bardziej chłopcem niż mężczyzną, choć nie miał mniej niż szesnaście lat. Spojrzenie Mirien przykuły jego dwukolorowe oczy: prawe, piwno-czerwone i lewe - niebieskie. Jak na filmach.., przemknęło jej przez myśl. Wybawicielce dziewczyny nie zajęło dużo czasu odnalezienie w kieszeni bluzy chłopca odtwarzacza Sasin i po paru sekundach urządzenie znów znalazło się w dłoniach właścicielki. Patrząc na ciemnowłosą kobietę, dziewczyna odnosiła wrażenie, że skądś ją zna. Jednakże, nie potrafiąc określić skąd dokładnie, dała rozmyślaniom spokój.
- Dziękuję - szepnęła, czując wszechogarniającą ulgę.
- Nie ma sprawy, złotko - usłyszała w odpowiedzi. Patrzyła jeszcze przez chwilę jak tajemnicza kobieta wlecze obezwładnionego chłopca, a następnie schowała swój skarb bezpiecznie w kieszeni i ruszyła w stronę domu.

***

   Trzy dni później odbyło się zebranie dla osób biorących udział w wymianie z Uniwersytetem Artystycznym w Seul'u. Pojawiła się na nim oczywiście Mirien, jednak musiała przyjść sama, gdyż żaden jej bliższy znajomy nie jechał razem z nią. Dziewczyna mimowolnie trochę się z tego powodu martwiła - nie chciała na taki szmat czasu zostać sama w obcym kraju.
   Spotkanie miało miejsce na sali gimnastycznej. Wchodząc do środka Mirien dowiedziała się, że wszyscy inni uczestnicy już są i całe towarzystwo czekało tylko na nią. Usiadła na brzegu jednej z trzech przygotowanych wcześniej, ustawionych w półkole ławek i przyjrzała pozostałym. Na jednym z miejsc siedziało dwóch chłopców - blondyn i szatyn - oraz trzy dziewczyny na drugim, najwyraźniej przyjaciółki. Sasin nikogo specjalnie nie kojarzyła.
   Wszyscy prócz niej mieli już towarzysza(lub nawet dwóch!). Super,myślała Mirien, jeszcze tylko tego mi brakowało, żebym została jedyną osobą bez... kogokolwiek! Kogokolwiek, do kogo mogłabym gębę otworzyć. Zapowiada się ciekawie.. 
- Witajcie! - po sali rozległ się donośny, żeński głos. Mirien zwróciła głowę w stronę jego właścicielki - nowej nauczycielki muzyki - Rulie Villeneuve. Wysoka, szczupła, ładna. Prawdziwa sensacja wśród męskiej części szkoły. Równe mocne wrażenie wzbudziła jednak u Mirien. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wielki szok przeżyła nastolatka, gdy przychodząc do szkoły dzień, po wieczornym pościgu dowiedziała się, że jej wybawicielka jest jedną z nauczycielek. - Na wstępie - ciągnęła Villeneuve -  gratuluję wam wszystkim! Na startujących pawie czterystu uczniów naszej szkoły, tytuł finalisty, a do tego udział w wymianie z Uniwersytetem Artystycznym w Seul'u, otrzymała jedynie wasza szóstka.
   W tym momencie cała zgromadzona między ławami rada pedagogiczna, z dyrekcją na czele, uczciła ów wyczyn oklaskami.
- Co prawda, - ciągnęła Rulie - spis poszczególnych miejsc miał zostać ukryty, ale, jako że wasze wyniki okazały się zaskakująco wręcz wysokie, postanowiliśmy je wam zaprezentować. - nauczycielka wyjęła z kieszeni dżinsów lekko pomiętą kartkę i chrząknęła cicho. Następnie zaczęła kolejno wymieniać nazwiska uczniów. - Szóste miejsce zajęła Sifa Samoa.
   Na dźwięk swojego imienia najniższa z trójki dziewcząt, ciemnoskóra, ubrana w zwiewną niebieską sukienkę, podniosła się i uśmiechnęła. Na tle swoich koleżanek wyróżniała się urodą i naturalnością. Jedyny element makijażu na jej twarzy stanowiły pociągnięte tuszem rzęsy. Jej uśmiech był niezwykle radosny, co tylko dodawało jej uroku. Po chwili oklasków, ponownie zajęła swoje miejsce.
- Następne, miejsce piąte zajęła Lubawa Gawriłow.
   Lubawa, wysoka, chuda chłopczyca o wysuszonych i zniszczonych blond włosach, wstała niezgrabnie, ukłoniła lekko  i usiadła z powrotem na ławce.
- Czwarty w rankingu ulokował się Nicolao Barraza.
   Tym razem uniósł się jeden z dwóch chłopców - średniego wzrostu, brązowooki, prawdopodobnie farbowany (zważając na najpewniej hiszpańskie pochodzenie) blondyn. Całkiem przystojny. Wykonał teatralny ukłon, po czym znów znalazł się w pozycji siedzącej.
- A teraz - podium! Miejsce trzecie: Wasilina Smirnow.
  Wstała ostatnia z trzech przyjaciółek. Dość ładna szatynka, choć wyglądałaby lepiej, bez, w założeniu, ''seksownej'' pasty (czyt. makijażu) na twarzy. Każdy by wyglądał. Rozejrzała się dookoła, dygnęła i mimo że usiadła w sposób skromny, układając nogi lekko w bok i kładąc dłonie na kolanach, widać było, że puszy się jak paw.
- Miejsce drugie - Ma... Mirien Sasin.
   Mirien wstała, jak poprzednicy prezentując się reszcie towarzystwa. Ubrana w ciemno szmaragdową bluzkę, czarne spodnie i sweter oraz ukochane ciężkie glany, uśmiechnęła się delikatnie. Jej uśmiech był bardzo przyjemny i ciepły, pasował do jej bladej cery i niebieskich oczu. Jej niesforne, blond włosy do ramion, jak zwykle w niektórych jedynie miejscach kręciły się w małe loczki. Cóż, urody nie można było jej odmówić. Kiedy jednak inni ilustrowali jej wygląd, ona myślami była przy nauczycielce muzyki, jeszcze sprzed dwóch sekund. ''Ma... Mirien''. Czy ona chciała powiedzieć ''Maria''? W dokumentach szkolnych jestem, przez matkę, zapisana ''Mirien'', więc.. Nie, pewnie mi się wydaje..
- I ostatnie, pierwsze miejsce, złoto, z minimalną, lecz, jak się okazuje, niezwykle znaczącą przewagą punktów nad panną Sasin, zajmuje - Dominik Bukowski!
  Słysząc to imię na sali poruszyły się dwie osoby: Dominik, wysoki szatyn o wyraziście zielonych oczach, oliwkowej cerze i poważnym wyrazie twarzy, oraz Mirien, którą na dźwięk polskiego nazwiska przeszły tak mocne dreszcze, iż dziewczyna z cichym ''tapnięciem'' zsunęła się z ławki...

**********

No! Uff, dłuuuugo mi zeszło z tą pierwszą notką. Przepraszam, ale - niestety - chwilę po założeniu tego bloga zajęłam się inną historią i kompletnie straciłam wenę do tej. No, teraz jednak powinno już być okay :D Trochę się obawiam, że osoby, które wcześniej zajrzały na bloga już tego nie zrobią, sądząc, że przestałam go prowadzić (w gruncie rzeczy nawet nie zaczynając :P), ale cóż.. pożyjemy, zobaczymy.
Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał i .. nie zanudził xd Wiem, że mało tu akcji, ale ten rozdział miał być takim wprowadzeniem (ponieważ nie chciało mi się pisać prologu, skoro zaczęłam już trochę tego), pokazać Wam tory, którymi dążyć będzie fabuła, a postacie, ich charaktery i losy, poznacie z czasem. Ja, z rozdziału, jestem mało zadowolona, ponieważ zawiera on elementy, które pisałam ''na siłę'' zaraz po ruszeniu strony i jest trochę zbyt chaotyczny - jest późno i ciężko mi pozbierać myśli..
Hmm.. no, mam nadzieję, że Was zainteresowałam i zachęciłam choć trochę >.<. Uprzedzę jeszcze, że ta opowieść nie ma raczej robić za milusią i pełną optymizmu, choć na pewno dużo będzie w niej nadziei :) Nie będzie to dramat, ale też... a, zresztą, zobaczycie :D
PS: Byłabym wdzięczna, gdybyście zagłosowali w tej małej ankietce pod rozdziałem - ot, chwilka, ale dużo mi pomoże.
Pozdrawiam, żebrzę o komentarze z Waszą opinią i w końcu kładę się spać (TT^TT),

Choi Joligae~

poniedziałek, 1 października 2012

Hej Wszystkim!

Jestem Choi Joligae i jestem nowa na bloggerze (no, prawie). Na tym blogu zamierzam pisać opowiadanie o ... SHINee! Woah, ale zaskoczenie, na pewno nikt się nie domyślił widząc tytuł (lub choćby tło) strony ;P. No dobra - tak na serio (chociaż to było na serio..). Mam wiele - WIELE - różnych pomysłów, które chciałabym tu opublikować - dla Waszej i mojej (mam nadzieję!) przyjemności. 
No, ale żeby tak było to musimy sobie pary rzeczy ustalić (i w tej chwili wszyscy żałują, że zaczęli czytać :P. STOP - dajcie mi szansę TToTT):
1. Bez wulgaryzmów. Taak, wiem jak to brzmi, no ale pewne zasady muszą być. 
2. Bez kłótni, wzajemnego(lub nie!) obrażania i wyzywania się, chamskich komentarzy bez względu na to, czy są one na temat mój, opowiadania, czy innego użytkownika - NIE.
3. ...
Właściwie to tyle xd Jedynie mam do Was prośbę: komentarze. Serio, jeżeli prowadzicie/prowadziliście bloga, to o tym wiecie. To naprawdę motywuje do pisania :) Więc, skrobcie pod postami, czy rozdział Wam się podobał, czy nie, a jeżeli nie, to co byście w nim zmienili.
To tyle. Już nie przynudzam i zabieram się za pierwszy rozdział *o* .. (lol).
PS: Z góry mówię, że nie usuwam komentarzy - uważam to za tchórzostwo :D. Wyjątek - prośba autora komentarza.
~Choi Joligae