środa, 3 kwietnia 2013

One Shot "Na zawsze, dobrze?"


Idę chodnikiem rozglądając się na boki. Wiem, którędy iść, bo moje nogi same zapamiętały drogę podczas tych codziennych podróży, ale moje oczy i tak szukają. Chcą być pierwsze. To już taki tradycyjny wyścig z resztą mojego ciała, prawda?
 Miało być tak pięknie. Dziewczyna i chłopak. Księżyc i Słońce.
Nie byliśmy do siebie szczególnie podobni. Ja - dość spokojna, opanowana. Gdy byłam szczęśliwa śmiałam się, gdy byłam smutna – płakałam. Płakać jednak, zawsze wolałam w samotności, jak na osobę dość zamkniętą w sobie przystało. Ty... nie posiadałeś tej równowagi. Prawie zawsze śmiałeś się czasem bez potrzeby, a nawet gdy było to CO NAJMNIEJ nie wskazane. Za to nie płakałeś nigdy i nawet ja tylko raz w całym moim życiu widziałam twoje łzy. Ale coś nas połączyło. Zawsze chodziłam otoczona wianuszkiem dziewczyn, ty chłopców, więc na początku mogliśmy tylko spoglądać na siebie. Jednakże z czasem okazało się, że ktoś z mojej „świty” zna kogoś z twojej. I dzięki temu po raz pierwszy się spotkaliśmy.
O! Oczy jak zwykle pierwsze. Już widzę. Moje nogi nie chcą jednak zostać z tyłu i dzielnie prą na przód. Niedługo tam będę.
26.06.1990r
Pamiętam, jak to „przez przypadek” na mnie wpadłeś podczas sylwestrowej imprezy u naszych przyjaciół. Tak, słodkie i romantyczne, jednak nigdy do końca nie wybaczyłam ci zniszczenia mojej bluzki, która - choć nie nadawała się już do użytku - stała się potem moją ulubioną przez to właśnie związane z nią wydarzenie. Potem już do końca przyjęcia nie odstąpiłeś mnie na krok. W finale fajerwerki oglądaliśmy trzymając się za ręce. Nikt jeszcze niczego nie wyznał, a jednak, gdy już się złapaliśmy nikt nie chciał puścić. Powiedziałeś wtedy coś tak ważnego, że nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Powiedziałeś: „ Bądźmy razem zawsze i na zawsze, dobrze? Obiecujesz?”. Jedynie przytaknęłam, ale to wystarczyło. I ci wszyscy ludzie – twoi koledzy, rzucający złośliwymi, aczkolwiek przyjacielskimi uwagami – i moje koleżanki chichoczące za każdym razem gdy się odwróciłam. Zresztą, nawet to było zbędne, bo my już wtedy wiedzieliśmy, że odtąd będziemy istnieć tylko dla siebie.
Spoglądam do góry. Choć rano, kilka godzin wcześniej, padało, teraz niebo zaczynało wyraźnie się rozchmurzać. Ale to dobrze. Nie będziemy moknąć. Lekki, ciepły wietrzyk owiewa moją twarz. Miękkie kosmyki włosów pieszczą ją delikatnie, umyślnie jednak omijając oczy. Nawet one wiedzą, że lepiej mi dziś nie podpadać.
To były ostatnie dni naszego grupowego, letniego wyjazdu. W przed dzień powrotu urządzaliśmy wielkie ognisko pożegnalne. Ja odpowiedzialnie wszystko nadzorowałam, podczas gdy ty, jak zwykle zresztą, wygłupiałeś się w najlepsze. Kilka razy oberwałeś ode mnie naganę, jednak nigdy ani ty, ani nawet i ja nie braliśmy jej zbyt poważnie. To przez to, że patrząc na twój uśmiech, na twoje szczęście nie potrafiłam się na ciebie długo gniewać. W końcu wszystko było gotowe. Jak zwykle miałam dojść ostatnia. Kiedy jednak skierowałam się w kierunku wszystkich – ciebie nie było. To nic, pomyślałam, pewnie zaraz dojdzie. Jednak moje oczy i tak chciały cię zobaczyć i wbrew mojej woli sprawiły, że obejrzałam się dokoła. Stałeś pod drzewem. Machnęłam ręką, abyś się pośpieszył, po czym odwróciłam się i próbowałam dogonić resztę. Ty jednak miałeś inny plan. Złapałeś mnie za łokieć i pociągnąłeś w głąb małego lasku. Po chwili znaleźliśmy się na skarpie, od której drzewa stały w bezpiecznej odległości, więc całe, niesamowicie rozgwieżdżone niebo stało przed nami otworem. Od znajomych, którzy najwyraźniej o tym miejscu nie wiedzieli, dzieliło nas tylko parę metrów drzew, przez co słyszeliśmy ich rozmowy, śpiewy, gitarę, a od czasu do czasu zaplątała się gdzieś łuna światła rzucana przez, nie małe przecież, ognisko. Spojrzałam na ciebie pytająco. Ty jednak nie raczyłeś mi nic wytłumaczyć, tylko z zawziętością w oczach przyciągnąłeś mnie do siebie za wciąż trzymany łokieć. Staliśmy tak jeszcze chwilę. Potem jedną ręką objąłeś mnie w talii, drugą wplotłeś w moje włosy i mocno, lecz nie brutalnie przycisnąłeś swoje usta do moich. Przez sekundę, oszołomiona nie wiedziałam co się dzieje. Zaraz jednak przewiesiłam ręce wokół twojej szyi i przytuliłam się do ciebie. Nasz pierwszy pocałunek.
Już jestem. Uśmiecham się w sposób, jaki zawsze u ciebie nienawidziłam. Moje usta wyglądają radośnie, lecz oczy są smutne i zimne jak lód. Wiem, że przynajmniej dziś nie powinnam cię tak witać, ale przecież się nie obrazisz, nie?
26.06.2000r
Przeżyliśmy tyle wspaniałych chwil. Wakacje. Święta. Lata szkoły. Nasz „pierwszy raz”. Nikt się więc nie zdziwił, gdy po tym całym czasie postanowiliśmy się pobrać. Właściwie, to każdy wiedział to już od samego początku. Łącznie z nami. Jednak nasz ślub cechowało coś szczególnego. Taka jedna chwila, już po złożeniu przysięgi. Gdy powiedziano, że możemy się pocałować w całym kościele, jak na komendę, zapanowała cisza. Twój głos, w równie niesamowity sposób, stał się nagle donośny i silny, ja jednak wyczułam w nim tą dawną, chłopięcą nieśmiałość towarzyszącą ci za pierwszym razem. Po raz kolejny powiedziałeś: „Bądźmy ze sobą zawsze i na zawsze, dobrze? Obiecujesz?”, a ja po raz kolejny byłam w stanie tylko przytaknąć. Potem pocałunek, wiwaty, słowa, które powiedziałeś wśród tych hałasów już tylko do mnie: „Nie rozstawajmy się nigdy.” i radość, która zapanowała w moim sercu, niszcząc moje opanowanie, pozwalając swobodnie płynąć łzom.
Kucam. Patrzę. Odcinam się od świata, a ostatnią rzeczą jaką widzę jest betonowa płytka, która przez ten krótki słoneczny czas zdążyła już wyschnąć.
Byliśmy szczęśliwi. Jedynym problemem jaki nas wtedy nawiedził był fakt, że nie mogłam mieć dzieci. Wiele dni płakałam, ale razem przeszliśmy przez to i postanowiliśmy adoptować niemowlę. W końcu byliśmy ty, ja, nasza córeczka i trochę starszy synek. Jednak dawne szczęście nie miało już do nas wrócić.
Chwieję się i upadam na kolana. Jednak jestem tego tylko w połowie świadoma. Druga część mnie topi się teraz w bolesnych wspomnieniach, rozpaczliwie wyciągając w górę rękę, szukając pomocy, choć wie, że ta znikąd nie nadejdzie.
Po pewnym czasie zacząłeś palić, bardzo dużo, co niestety nieuchronnie doprowadziło do nałogu. Zawsze byłam przeciwna. Lecz to stało się tak silne, że nawet gdy próbowałeś z tym skończyć nie mogłeś wytrzymać zbyt długo. I właśnie to, takie niby małe i codzienne, miało zaprowadzić chaos. Inaczej – dostałeś raka płuc. Odkryliśmy to w miarę szybko, więc, po długim leczeniu, lekarze mówili, że wszystko jest na jak najlepszej drodze do wyleczenia cię. Ta nadzieja rozpierająca serca nas wszystkich niepochamowaną radością. Nadzieja. Matka głupich.
W końcu wspomnienia wypuszczają mnie ze swych długich macek, pozwalając nabrać głębszy oddech. Opadam na ręce, w ostatniej chwili zdążając jeszcze rzucić do ciebie bukiet kwiatów. Delikatny do tej pory wiatr, nabiera mocy i uderza we mnie zimnymi teraz masami powietrza. W mojej głowie rozbrzmiewają twoje słowa. „ Bądźmy razem zawsze...”, „ Nigdy się nie rozstawajmy...” , co? Jednak nie pozwoliłeś im się spełnić. Ach, wiem przecież, że nie specjalnie. Ten jeden raz, gdy płakałeś. Gdy w środku nocy obudziłeś mnie, która zasnęłam przy twoim szpitalnym łóżku i z tym niezapomnianym dla mnie wyrazem twarzy przepraszałeś za to co miało się stać.
Teraz to mi stanęły łzy w oczach. Wtedy postanowiłam, że nie będę płakać, ale nie mam już sił. Czuję gorące krople spływające po moich policzkach. Jednak dopiero, gdy widzę dwie mokre plamy na świeżo wyschniętej płycie przed sobą, zdaję sobie sprawę, że dłużej nie wytrzymam. Zbieram w sobie wszystkie resztki sił by jakoś stanąć na nogi, żegnam się szybko i czuję, że to moja ostatnia wizyta, bo pęknie mi serce, bo brak mi sił, by jeszcze raz przyjść tu ot tak, a wiem, że Bóg ma zamiar zabrać mnie do siebie zanim minie następny rok. Ale przynajmniej się zobaczymy, czyż nie? Wykończona, szlochając głośno odchodzę chwiejnym krokiem myśląc: Nie „żegnaj”... do zobaczenia... nie „żegnaj” – do zobaczenia..! i tak się pocieszając na wieczność pozostawiam za sobą twój grób.

26.06.2060r
.siedemdziesiąta rocznica naszego spotkania.
.sześćdziesiąta rocznica naszego ślubu.
.czterdziesta rocznica Twojej śmierci.

<A przecież... „Miało być tak pięknie..!>




**********

No, oto mój ''one shot'' :P Czcionka jest, jaka jest, bo tekst kopiowany z Word'a. Tak jak mówiłam napisałam to ładne 2/3 lata temu, więc tekst raczej do pośmiania ;)
Tak baj de łej, to załamał mnie kompletny brak komentarzy pod ostatnim rozdziałem ; _ ; 
Nie uważam, żeby opowiadanie było dobre, tym bardziej, że wciąż piszę je na siłę i zastanawiam się, czy nie dodać mojej aktualnej opowieści >.< , ale i tak cholernie mnie to zabolało TT TT 
Dobra, tak musiało być, przeżyję, poprawię się.. ;)
Do przeczytania!
PS: ...komentarz..? O^O ..?
PSS: ...głos w ankietce..? O^O ...?


Choi Joligae~



7 komentarzy:

  1. Płaczę ;__; Jakie to piękne!
    Dawno nie czytałam takiego opowiadania. To jest wręcz cudowne!
    Popłakałam się. Kiedy napisałaś o raku płuc to już wiedziałam, że nie skończy się to dobrze i niestety tak się stało :c
    Piękny one-shot! Naprawdę cudowny.
    Hwaiting ~! Życzę weny!
    Zaraz nadrobię rozdziały i dodam się do obserwowanych ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...komentarz?... nie, chyba spie.. a jednak! KOMENTARZ <3 !! TT TT
      No, ale juz tak powazniej, to bardzo sie ciesze, ze ci sie spodobalo ^^ Tak jak mowilam, to juz troche stara historia i nie bylam zbyt pewna czy ja tu wstawic, ale kiedys bardzo mi sie podobala (ha ha), wiec zaryzykowalam xd i jestem bardzo zadowolona, ze nie jest tak zle ;)
      Dziekuje za Twoja opinie ;*

      *wciaz nie dowierza* ...komentarz <3..

      Usuń
  2. Wiesz, widzac po komentarzu ChisanaSekai to sądzę, że jest to one-shot warty czytania, więc zgram go sobie na pendrive i przeczytam, a jutro zostawię po sobie komentarz, gdyż obecnie kozystam z internetu u siostry.
    A tak na marginesie chciałabym cię zaprosić na mojego bloga, który zmienił adres - haiiro-no-yoake.blogspot.com.
    Nie wiem czy lubisz yaoi, ale zawsze warto spróbować. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, nie moge sie doczekać ;) Mam nadzieję, ze ci się spodoba, ale z góry mówię, że nie jest to nic niesamowitego, więc czuj się ostrzeżona :P
      Na bloga bardzo chętnie zajrzę. Kiedyś nawet chyba zapisałam twoją stronę, ale jeszcze nie miałam okazji poczytać, więc teraz to nadrobię. Co do yaoi, hm... jeżeli fabuła i styl są ciekawe, nie mam nic przeciwko - ba, jestem jak najbardziej za :)
      Wyczekuję twojej opinii :)

      Usuń
  3. Nie mogę czytać taki one - shotów, no nie mogę! Jak ja płaczę na "Królu Lwie", to sobie wyobraźcie, co dzieje się teraz. Potrafisz pisać i to mi się w tobie cholernie podoba (w sensie, że mi tym imponujesz). Też piszę, ale ani nie umieszczam tego na blogu, ani nikomu nie pokazuję, bo boję się opinii innych. No, niestety tak już mam. Dlatego tak bardzo powidziam ludzi, którzy znoszą wszystkie komentarze i nie boją się publikować swoich tworów.
    A może napisałabyś jakiś jeszcze jeden równie fajny one - shocik, co?^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, bardzo mi miło, że ten tekst wywołał u Ciebie tyle emocji (choć trochę sadystycznie to brzmi ;) ).
      Hahah nie piszę na tyle dobrze, by imponować, aczkolwiek dziękuję :)
      Umm, nie podoba mi się to. Skoro piszesz i - co najważniejsze - lubisz to... nie ma sensu się tak chować :( a nóż widelec okaże się, że naprawdę jesteś bardzo dobra ;) internet daje Ci taką szansę : spróbować.
      Mam nadzieję, że przeczytasz ten komentarz. Jeżeli tak, to byłabym wdzięczna, gdybyś do mnie napisała(gdzieś tam chyba podałam email czy cóś...) bo mam pewien pomysł, może Ci się spodoba :)
      Pozdrawiam,
      ~ChoiJoligae

      Usuń
  4. Ładne. Naprawdę ładne. Jest sens i głębia, a to najważniejsze.
    Choć , jak twierdzisz, napisałaś tego one-shota dość dawno, to i tak jest on godny przeczytania. Na początku nie wiedziałam czego się spodziewać, ale i tak przeczytałam do końca. Nie żałuję. Podoba mi się.

    OdpowiedzUsuń